Święty Tytus Brandsma wygłosił to kazanie zaledwie na kilka tygodni przed wybuchem II wojny światowej (oraz na trzy lata przed śmiercią w Dachau). Nadciąganie kataklizmu daje się słyszeć w jego słowach. Postanowiłam nie czekać z publikacją do lipca, bo jak dobrze treść tej medytacji pasuje do Wielkiego Postu! Zachęcam do rozważenia jej, na przykład po piątkowej Drodze Krzyżowej.
![]() |
| Kaplica św. Tytusa Brandsmy w jego kościele - memoriale w Nijmegen. Fot. © DK |
Kazanie w wigilię narodowej pielgrzymki do Dokkum, z okazji jubileuszu św. Willibrorda, w kościele św. Bonifacego w Leeuwarden, 16 lipca 1939 r.[1]
Video verba tua esse sicut et opera: Widzę, że twoje słowa i czyny
są ze sobą zgodne.
Słowa króla Fryzji Radbouda do
świętego Willibrorda.
W wigilię narodowej pielgrzymki do sanktuarium św. Bonifacego w tym roku jubileuszowym św. Willibrorda, powołanego do Nieba 1200 lat temu, nie mogę powstrzymać się od oddania hołdu i czci tym obu ludziom, których Boża Opatrzność zjednoczyła już jako Apostołów Fryzji w samym Apostolacie.
Cofnijmy się o ponad tysiąc dwieście lat, do czasów, gdy panował tu jeszcze pogański król Radboud i poza nielicznymi wyjątkami niemal wszyscy wyznawali religię pogańską, gdy ludzie tacy jak święci Willibrord i Bonifacy mieli odwagę i miłość, by przemawiać do naszych przodków o Bogu i jego miłości i postawić tu krzyż.
Ci dwaj wielcy bohaterowie nie są osamotnieni. Przed Willibrordem był już Wigbert; wraz z Bonifacym zmarło 52 towarzyszy. Czcimy również świętego Ludgera jako jednego z wielu Apostołów Fryzji. Lecz Opatrzność, która wszystkim kieruje i każdemu wyznacza jego miejsce w historii, mianowała przywódcami Willibrorda i Bonifacego, oznaczając ich jako przywódców i bohaterów o większym znaczeniu, ludzi obdarzonych szczególnymi darami, bardziej utalentowanych niż inni, gdyż zostali powołani do wyższych rzeczy.
Nie znamy dokładnie losów świętego Willibrorda, ale pewne jest, że na początku VIII wieku, kiedy głosił we Fryzji – nie wiemy dokładnie gdzie – spotykało go jedno rozczarowanie za drugim. Udał się do Danii, być może licząc, że będzie tam miał większego szczęścia, lecz również stamtąd wycofał się rozczarowany i powrócił do Fryzji, gdzie głosił i chrzcił w prawdziwie heroiczny sposób. Dokładny rok nie jest znany, ale musiało to być około 710 roku. W 714 roku zmarł jego wielki protektor, Pepin, dając królowi Radboudowi sposobność odparcia Franków. Całe dzieło Willibrorda uległo zniszczeniu, a on sam został zmuszony do ucieczki. On uciekł na południe, a tymczasem z Anglii przybywa święty Bonifacy[2]. Mimo iż wszystko to, co zbudował święty Willibrord, zastał zniszczone, a sam Willibrord uciekł, Bonifacy nie opuszcza rąk i udaje się do Radbouda, który go nie odepchnął. Bonifacy dostaje zgodę na swobodne głoszenie kazań, ale Radboud jest pewien, że będzie to daremne. Bonifacy mimo wszystko chce spróbować, jednak widzimy, jak po sześciu miesiącach odchodzi, przygnębiony i rozczarowany. Mróz był wciąż zbyt silny, żeby siać ziarno chrześcijaństwa. Wpływ Radbouda był wciąż zbyt wielki. Lecz zaraz po jego śmierci w 719 roku zarówno Willibrord, jak i Bonifacy wracają i teraz wspólnie pracują nad nawróceniem Fryzów. Bonifacy może tu pozostać przez trzy lata; jego znacznie szersza misja wzywa go na inne obszary, ale pozostaje ojcem i opiekunem Kościoła fryzyjskiego. Kiedy święty Willibrord umiera w 739 roku, Bonifacy staje w obronie praw Kościoła w Utrechcie i poświęca się kontynuowaniu dzieła świętego Willibrorda jako Apostoła Fryzów, aż w 754 roku wraca do Fryzji po raz trzeci, aby za nią umrzeć i w ten sposób dać jej życie. Jak więc widzimy, zarówno święty Willibrord, jak i święty Bonifacy udają się do Fryzji trzy razy, niezrażeni, wierni swemu powołaniu, gotowi oddać za nią życie.
Które byli gotowi złożyć w ofierze, abyśmy my, nasi przodkowie, a w nich i przez nich także my, którzy teraz żyjemy, mogli mieć udział w życiu łaski.
Nie sposób w tak krótkim czasie opisać całego dorobku tych dwóch bohaterów i postawić go za wzór. Mogę jedynie zaczerpnąć coś z ich bogatego życia, a następnie wybrać dwa fakty, które świadczą o ich odwadze i miłości na fryzyjskiej ziemi, i które przechowujemy w pamięci bardziej niż inne fakty z ich życia, gdyż wydarzyły się tutaj, w naszym najbliższym otoczeniu, a pamięć wciąż wskazuje na miejsce, w którym chrzcili i głosili.
Nie mogę się tu wdawać w obszerne refleksje historyczne, ale myślę, że podobnie jak jutro udamy się do Dokkum, żeby uczcić miejsce, w którym Bonifacy uświęcił niegdyś źródło, chrzcząc w nim, i zmarł koło tego źródła, tak samo nie ma powodu, aby przypuszczać, że Willibrordusdobbe[3] na wyspie Ameland wskaże nam miejsce, gdzie Willibrord chrzcił i wprawdzie nie umarł, ale ryzykował życie. Ale nawet jeśli nie stało się to na Ameland, to z pewnością musiało się wydarzyć na jednej z wysp należących wtedy do Fryzji, gdzie król Radboud sprawował władzę nad życiem i śmiercią. Najdawniejszy biograf św. Willibrorda, który czerpał informacje od świadków ze słyszenia i z widzenia, opisuje nam to spotkanie Radbouda z Willibrordem. A jego historia jest pouczająca.
Mówi nam ona, że święty Willibrord, wracając z Danii, zepchnięty z kursu przez burzę, przybył na jedną z wysp fryzyjskich i zastał tam kult starożytnego boga sprawiedliwości, Forsetiego. Była tam studzienka poświęcona temu Bogu[4], a także inne miejsca kultu; pasło się tam bydło, uważane za święte, ponieważ było poświęcone temu bogu; Wodę ze studzienki poświęconej temu bogu można było czerpać tylko w najgłębszej ciszy.
Podobnie jak święty Bonifacy wbije później siekierę w święty dąb w Gosslar, tak w duchu Willibrorda płonie pragnienie ukazania bałwochwalcom w akcie odwagi próżnej i zwodniczej natury ich religii.
Nasz umiłowany Pan powiedział kiedyś: Misereor super turbam: Żal mi tego tłumu. Chciałbym tutaj włożyć te słowa w usta świętego Willibrorda. Żal mu było ludu Fryzów, który czcił i wielbił tak zwodniczych bogów. Przyszedł, aby mówić im o Bogu i, chrzcząc ich, uczynić ich szczęśliwymi, uczestnikami błogosławieństw i łask, jakie ofiarowuje rodzajowi ludzkiemu wiara chrześcijańska. Jego miłość do ludu Fryzów, który pragnął uszczęśliwić, zainspirowała go do dokonania czynu, który jednym zamachem przekonałby ludzi, że moc ich bogów nie jest taka, jak sobie wyobrażali.
Wśród jego towarzyszy były trzy osoby, które chciały przyjąć chrzest święty, być może trzech z trzydziestu duńskich chłopców przywiezionych z Danii przez świętego Willibrorda. Święty Willibrord ochrzcił ich trzech w świętej studzience Forsetiego i w tym miejscu ciszy wypowiedział na głos słowa chrztu. Kazał też zabić część świętego bydła, które tam się pasło, żeby zapewnić pożywienie swoim towarzyszom.
Rozumiał, że wiele ryzykuje, że z tego powodu jego życiu grozi niebezpieczeństwo, ale z drugiej strony rozumiał też, że jeśli czegoś takiego nie zrobi, nie złamie przekonań ludu. I zaryzykował życie, przyjął niemal pewną śmierć, abyśmy mogli mieć życie. Został postawiony przed Radboudem, a dzielny król Fryzów srogo zrugał profanatora jego sanktuarium. Próbował skazać go na śmierć w wyniku sądu Bożego i gdyby Bóg go nie ochronił w niezwykły sposób, raczej nie uniknąłby tego wyroku. Bóg tak to zrządził, że wyciągnięty przez niego los dał mu wolność.
To zdarzenie dodało świętemu Willibrordowi jeszcze więcej odwagi, by powiedzieć królowi Radboudowi o pustce jego boga, by mówić mu o niebie prawdziwego boga, o piekle diabła, którego służbę mu przypisał. Gdyby zdołał pozyskać króla, a zwłaszcza tego króla, Radbouda, największy opór zostałby pokonany. Nie udało mu się to, ale opuścił króla pełnego podziwu dla jego odwagi i miłości; dzięki swemu szlachetnemu uczynkowi zyskał dla siebie to, że król pozwolił mu wyjechać do kraju Franków, dokąd najprawdopodobniej dążył szlakiem przez Middelzee[5], na końcu którego, znowu w sercu Fryzji, w dawnych czasach odnajdujemy źródło świętego Willibrorda.
Ale choć mu się wtedy nie udało, został dokonany czyn, który przetrwał i wywarł wrażenie. Jedynie stopniowo, krok po kroku, to trudna zadanie nawracania mogło postępować. Kilka lat później święty Willibrord musiał być świadkiem tego, jak po śmierci Pepina Radboud skorzystał z okazji, żeby zniszczyć wszystko, co zbudował, i on, Willibrord, który naprawdę posiadał odwagę, został zmuszony do ucieczki. Lecz powrócił. Jego miłość do ludu fryzyjskiego była zbyt wielka, żeby zrezygnował z prób schrystianizowania go. I podczas tej trzeciej i ostatniej próby Bóg dał mu towarzysza, który także miał trzykrotnie przybyć do Fryzji, żeby głosić: świętego Bonifacego.
Dwóch mężczyzn, wysokich i silnych, dwóch bohaterów, którzy przeciwstawiają się wszelkim przeciwnościom, którzy ryzykują życie, żeby nas uszczęśliwić. I którzy ostatecznie, dzięki swojej niezłomnej odwadze i wytrwałości, schrystianizowali nasz kraj.
Co powinniśmy najbardziej podziwiać w tych dwóch ludziach? Dwie rzeczy szczególnie przemawiają w ich życiu, dwie rzeczy, których możemy, a wręcz musimy się od nich nauczyć: odwagi ich świadectwa oraz wielkiej miłości do ludu Fryzów, dla którego ryzykują życie.
W tych marnych czasach jakże powinniśmy podziwiać tych dwóch ludzi, którzy wiedząc, że będzie to zapewne kosztować ich życie, wciąż mówią o Bogu, wciąż starają się zjednoczyć innych z Bogiem, ponieważ wiedzą i wierzą, że to ich uszczęśliwi. Jak tchórzliwe jest nasze świadectwo? Ilu nie śmie zdjąć kapelusza, gdy przechodzi obok kościoła; nie chcą pokazywać, że są katolikami. Ilu uważa, że powinni powstrzymać się od publicznej modlitwy przed posiłkiem w celu oddania czci i dziękczynienia Bogu? Tak, o wiele gorzej, ilu nie ma odwagi stanąć w obronie swoich przekonań, chociaż wiedzą, że nie czyniąc tego, łamią wielkie i surowe przykazania. Uważam za wspaniałe, że gwałtowny Radboud został rozbrojony odwagą Willibrorda i podziwiał go za odwagę, otwarcie to przyznając, i choć nie przyjął wiary świętego Willibrorda, to okazał szacunek tak heroicznemu głoszeniu słowa Bożego, pozwalając mu odejść z honorem i powtarzając za nim słowa uznania: „Widzę, że twoje słowa i twoje czyny są spójne”. Radboud reprezentuje tak wielu ludzi, także w dzisiejszym społeczeństwie, którzy wciąż szanują odważne i konsekwentne przekonania, którzy nawet jeśli nie mogą jeszcze podążać za nami drogą, którą idziemy, mimo to podziwiają je i dają temu wyraz, widząc katolików, którzy są nimi więcej niż tylko z nazwy, którzy bronią swej wiary i dumnie ją wyznają, którzy starają się dopasować do niej swoje życie. Nie żyjemy w epoce ludzi niezdecydowanych; teraz przede wszystkim szczególnie potrzeba nie słów, ale czynów, które są z nimi zgodne, które je ożywiają.
W tym kontekście uczeni mówią o pragmatyzmie i pragmatycznym chrześcijaństwie; my, Fryzowie, pamiętamy stare przysłowie, które mówi to samo: Praten is neat, mar dwaen is in ding[6]. I przeglądamy się w Willibrordzie i Bonifacym, którzy, mimo że mogło to kosztować ich życie, mimo że przewidywali wskutek tego największe trudności, dali świadectwo swojej wiary z miłości do ludu Fryzów i z miłości do Boga.
Ale podczas gdy to heroiczne świadectwo przemawia do nas mocno, istnieje druga cecha, która robi na mnie jeszcze większe wrażenie: ich miłość do bliźnich, ich potrzeba, by ich uszczęśliwiać. Jakże inny duch żyje w wielu ludziach dzisiaj. „Po co martwić się o innych”[7]. „Niech każdy się o siebie troszczy”. „To ich własna wina, jeśli nie idą do przodu w świecie, jeśli nie są szczęśliwi”. Żyjemy w świecie, w którym nawet miłość jest potępiana i nazywana słabością, którą należy usunąć, którą ludzkość musi pokonać. „Nie miłość, ale rozwijanie własnej siły”. „Niech każdy będzie możliwie jak najsilniejszy, niech słabi zginą”. Chrześcijaństwo z jego głoszeniem miłości uchodzi za przestarzałe i musi zostać zastąpione starogermańską siłą. O tak, przychodzą do ciebie z tymi doktrynami, a są tacy, którzy są na nie bardzo podatni. Miłość jest źle pojmowana, Amor non amatur[8], wołał już w swoich czasach święty Franciszek z Asyżu; a kilka wieków później we Florencji święta Maria Magdalena de Pazzi dzwoniła w ekstazie w dzwon klasztoru karmelitów, aby powiedzieć ludziom, jak piękna jest miłość. Och, chciałbym również sprawić, aby zadzwoniły dzwony, aby powiedzieć światu, jak piękna jest miłość. Nawet jeśli nowe pogaństwo nie chce już miłości, my, świadomi historii, pokonamy jednak to pogaństwo miłością i nie porzucimy naszej miłości. Miłość pozwoli nam zdobyć na powrót serca pogan. Natura przekracza doktrynę. Podczas gdy teoria może odrzucić i potępić miłość, nazywając ją słabością, praktyka życia zawsze uczyni ją siłą, która podbija i łączy serca ludzi. „Zobacz, jak oni się miłują”[9]. Te słowa pogan o pierwszych chrześcijanach muszą powtarzać nowi poganie o nas. Wtedy zwyciężymy świat. I dlatego tak ochoczo przedstawiam wam tych dwóch bohaterów jako apostołów miłości, którzy głoszą nam, byśmy się troszczyli o szczęście innych ludzi, którzy pokazują nam życie w pełni podtrzymywane miłością, a przez to tak silne i tak heroiczne, ponieważ taka miłość płonęła w ich sercach. „Któż ma większą miłość dla przyjaciół niż ten, kto życie swoje za nich oddaje”[10]. Oddawali swoje i uważali je za nic, kiedy oddanie go wydawało im się sposobem doprowadzenia naszych przodków do chrześcijaństwa, to znaczy do wiecznego szczęścia. Najpierw sam święty Willibrord, później sam Bonifacy, a potem przez prawie trzy lata obaj razem dawali dowody tutaj, we Fryzji, że pamiętali o słowie Pana, które wzywa nas wszystkich do oddania wszystkiego, nawet życia, z miłości do Boga i, co jest tym samym, z miłości do bliźniego.
O, oby ich miłość wciąż żyła wśród nas. Oby ogień, który ich pochłaniał, wciąż płonął w naszych sercach. O, zaiste, wciąż jest wielu, którzy oddają swoje życie w służbie nieszczęśliwej ludzkości, wciąż jest wielu, którzy pragną oddać całe swoje życie pięknu i dobru, starając się uszczęśliwiać innych, służyć im i pomagać im. Przygotowują drogę dla Pana, ale ich liczba nie jest wystarczająca, a ich miłość często nie sięga heroizmu.
Och, gdybyśmy znów mieli pośród nas Apostołów miłości! Wszystko inne jest temu poddane. Miłość jest na tyle zaradna, że znajdzie drogę i pokona wszelkie trudności.
Przypisy
1. Maszynopis (NCI TBA Box 28-15), 9 stron. Fragmenty tego kazania zostały opublikowane w gazetach (np. „Leeuwarder Nieuwsblad” i „De Maasbode” , oba z 17 lipca 1939 r.). NCI przechowuje również maszynopis całego kazania (NCI OP 91-001, 4 strony), który charakteryzuje się bardziej współczesną pisownią i stylem holenderskim.
2. Titus Brandsma przechodzi w środku zdania do czasu teraźniejszego, jak często robi w tym kazaniu.
3. Holenderskie „dobbe” oznacza „staw”. Toponim „Willibrorddobbe” oznacza „staw Willibrorda”.
4. W tym kazaniu Tytus Brandsma nie jest konsekwentny w pisaniu słowa „Bóg/bogowie” wielką literą lub nie.
5. „Middelzee” (dosłownie „Morze Środkowe”), znane również jako Bordine, było to estuarium rzeki Boorne we Fryzji.
6. Fryzyjskie przysłowie, które znaczy dosłownie: „Mówienie nic nie znaczy, ale działanie już tak”.
3. Tytus Brandsma cytuje opinie wielu współczesnych sobie osób, opinie sprzeczne z jego własnymi. Dlatego dodaliśmy tutaj cudzysłowy, których nie ma w maszynopisie.
4. Po łacinie: „Miłość nie jest kochana”
5. Zobacz: Tertulian, Apologetyk, rozdz. 39 par. 7. „Patrzcie – mówią – jak oni [chrześcijanie] się wzajemnie miłują” (bo sami się nawzajem nienawidzą); „i jak gotowi są umrzeć jeden za drugiego” (bo sami są gotowi pozabijać się nawzajem).
10. W J 15,13 czytamy: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.
Tłum. ang. Maurits Sinninghe Damsté
© Titus Brandsma Instituut 2021
Źródło: https://www.titusbrandsmateksten.nl/sermon-during-the-vigil-of-the-national-pilgrimage-to-dokkum/

Komentarze
Prześlij komentarz